Wrzesień 2011
Byłam szczęśliwa gdy wjeżdżałam do rodzinnej wioski. Już tak niewiele dzieliło mnie od ukochanego męża i domu. Podekscytowana i niecierpliwa nie zwracałam uwagi na otoczenie. Nie zauważyłam, więc stojącego przed domem radiowozu. Zaparkowałam samochód i pobiegłam do domu na spotkanie z Arturem. Jednak coś było nie tak. Po chwili dotarło do mnie, że wszędzie - przed domem i w środku jest pełno ludzi. Nie wiedziałam kim oni są i co tu robią, jednak nie próbowałam tego wyjaśniać. Najpierw chciałam zobaczyć się z mężem. Wbiegłam przez otwarte drzwi do salonu. Nigdzie nie było Artura. Otaczający mnie ludzie coś mówili, ale nie rozróżniałam słów. Ktoś próbował mnie zatrzymać i stanął mi na drodze do gabinetu męża. 'Gdzie jest Artur ? Dlaczego nie wyszedł mi na spotkanie ?' - Te pytania wzbudzały we mnie dziwny niepokój. Czyjeś ręce próbowały mnie odciągnąć jak najdalej od gabinetu, jednak udało mi się wyrwać. Przepychałam się przez wszystkich stających mi na drodze i wpadłam z impetem do pomieszczenia. Wszędzie była krew... Ukochany fotel mojego męża był cały umazany krwią. Po chwili mój wzrok powędrował na futrzany dywan na podłodze, który również cały był we krwi. Na nim nieruchomo leżał Artur.
Podbiegłam do niego, zaczęłam go szarpać, krzyczeć, płakać. Ktoś mnie próbował od niego oderwać. Wrzeszczałam. Nie mogli mi go zabrać. Nie mogli.
I wtedy zaczęłam rodzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz